Idealny w sypialni odc. 7

I oto nadszedł czas na ostatni odcinek w serii „Idealny w sypialni”. To już siódmy wpis, tak jak jest siedem rozdziałów powieści. Swoją drogą, to jest dla mnie liczba wyjątkowo specyficzna. Wręcz nieszczęśliwa, bo zwykle przyciągająca bardzo emocjonujące i trudne wydarzenia – nie zawsze z happy endem. Mam jednak nadzieję, że ostatnia „sypialnia” go osiągnie. A dziś właśnie o tym happy endzie, który wywołał kontrowersje – czy „Pan idealny”, aby na pewno zakończył się szczęśliwie? W jakich okolicznościach narodził się pomysł na takie, a nie inne zakończenie? Gotowi zajrzeć za kulisy? No to za mną!

Obrazek pochodzi ze strony: humanizingthevacuum.wordpress.com

Niemal do trzech czwartych powieści miałam przemyślane w głowie jej zakończenie. I nie było to te, które ostatecznie przelało się na papier. Było całkiem inne i stworzone już na samym wstępie, nim jeszcze urodziła się pierwsza strona. Dokładnie zaplanowane, z wyszlifowanym każdym detalem. Można rzec – idealne! Ale ta perfekcyjność w jakiś niewytłumaczalny sposób mnie drażniła. Czułam, że w tym rozwiązaniu brakuje tego magicznego czegoś. Jakby wisienki na torcie – szczegółu, który poskleja wszystkie wątki w jeden, silny przekaz. Taki prawdziwy, a nie odrealniony.

Coś tu się nie zgadza…

Problem tkwił jednak w tym, że nie potrafiłam zidentyfikować tego szczegółu. Poddawałam całość licznym testom – układałam różnorakie kombinacje w myślach i wyobrażałam sobie przebieg wydarzeń. Moje idealne zakończenie z powodzeniem zaliczało wszystkie te próby, a ja nadal czułam, że czegoś w nim brakuje. Że gdzieś kryje się jakiś błąd albo luka, przez którą wygenerowała się mdła poświata wisząca tandetnie nad powieścią niczym tekturowe serduszka w galerii handlowej w okresie około walentynkowym.

Cudowne objawienie

Na szczęście to coś zjawiło się samo – nagle, nieoczekiwanie i w najdziwniejszym momencie. Zjawiło się wówczas, gdy odpuściłam wnikliwe analizy, a moją głowę zajęły… paznokcie. Brzmi absurdalnie? To czytajcie dalej!

Właściwie wspominałam o tej chwili w jednym z wcześniejszych odcinków. Nie dość dokładnie jednak, zatem czas najwyższy opisać wszystko od A do Z.

Idealne… paznokcie?!

Otóż, swego czasu zafascynowałam się paznokciami żelowymi. I jak raz sobie takowe ufundowałam, to wpadłam w cykl kolejnych przedłużeń. No bo takie szpony wymagają szczególnej pielęgnacji, której nie zrobi się samemu w domu przy pomocy zwykłego pilniczka i lakieru. Chodziłam więc regularnie do stylistki-kosmetyczki, która uzbrojona w najpotężniejszy arsenał narzędziowo-kosmetyczny, regularnie, co trzy tygodnie przywracała im świetność. Podczas którejś takiej wizyty właśnie objawiło mi się zakończenie „Idealnego”.

Hipnotyzująca frezarka

Zapatrzona w monotonne ruchy frezarki, ululana jej charakterystycznym szumem, poczułam, jak powoli odpływam. Wpadłam w coś, co często lubię nazywać półsnem – niby wyglądam na zainteresowaną i obecną, ale tak naprawdę myślami jestem miliony kilometrów dalej. Pamiętam, że akurat wtedy te myśli były bardzo luźne, niekoniecznie się do siebie kleiły – dokładnie takie, które pojawiają się tuż przed zaśnięciem. I wtedy z głośników grającego w salonie radia rozbrzmiały ckliwe dźwięki pewnej pieśni – „Angel” autorstwa Courtney Leigh Heins. To była mieszanka wybuchowa!

Anioł

Nim piosenka dobrnęła do ostatniego wersu,  nad moją głową zaświeciła się ogromna żarówka, a oczy zamieniły się w pięciozłotówki. To było to! Pośród gąszczu luźnych myśli przypłynęła do mnie ta jedyna. Układanka się zespoliła, a przekaz, który się za nią ukrył wywołał u mnie dreszcze i gęsią skórkę. Anioł. Jak anioł.

Pomieszanie z poplątaniem

Podsumowując – gdyby mi zadać pytanie, co mnie zainspirowało do takiego, a nie innego zakończenia powieści, to mogłabym odpowiedzieć, że paznokcie. A pytający pomyślałby, że nie jestem całkiem trzeźwa lub źle dosłyszałam pytanie. Ale tak w skrócie to prawda. Gdybym nie poszła wtedy na te paznokcie, to nie zdołałabym się na tyle rozluźnić w domowych warunkach, by odfrunąć myślami nieco dalej oraz nie usłyszałabym tej piosenki akurat w tym momencie.

Hm, a jakie miało być to pierwotne zakończenie?

Być może wielu z Was się w tej chwili nad tym zastanawia. I ja się teraz zastanawiam, czy mogę je zdradzić. Cóż, chyba mogę 😉 Tym bardziej, że nie zamierzam go już nigdzie wykorzystać. Boję się tylko, że będzie ku temu potrzebny nie jeden, osobny wpis. Ale dobra – postaram się krótko i treściwie.

Iza miała wylądować w norweskim szpitalu, czyli tam, gdzie toczyła się akcja przedostatniej sceny. Olaf oczywiście czuwałby z poświęceniem przy jej łóżku dzień i noc. Potem, cudownie by wyzdrowiała. Zaczęliby razem nowe życie – tam w Norwegii. On w końcu wypuściłby swój wiecznie niedokończony projekt na świat, który stałby się ich wspólnym przedsięwzięciem. Zamieszkaliby w małym, drewnianym domku nad fiordem i żyli długo i szczęśliwie. Banał prawda? I on dalej byłby taki wspaniały, a nawet lepszy, bo dzięki niej nauczyłby się kochać. A i ona byłaby wspaniała – zrozumiałaby swoje życiowe błędy, odcięła od wszystkiego, co toksyczne i nareszcie potrafiłaby cieszyć się życiem. Bajka, co nie? Bajka…

Życie to nie bajka…

A ja nie chciałam pisać bajki. Takie historie się nie zdarzają w prawdziwym życiu. Nie ma panów idealnych, ani idealnych pań. Nie ma miejsc mlekiem i miodem płynących, gdzie żyje się lepiej i wszystko się udaje. Szara myszka nie poznaje księcia z bajki, który przybywa pod jej smutną wieżę na białym koniu i ją uwalnia z łap potwora. Może jedynie o takim pomarzyć albo wyobrazić sobie, że ma anioła stróża, który tak wygląda i taki jest wspaniały. By łatwiej znieść życie. To prawdziwe, trudne, bezlitosne. By się po prostu znieczulić.

Przepraszam…

Dziękuję serdecznie wszystkim Czytelnikom za dotrwanie do końca. Tym, którzy przeczytali powieść i tym, którzy dodatkowo śledzili tutaj jej kulisy.  Może i nie ma Was wielu, ale liczy się jakość! I mówię to także, jako specjalistka w tym temacie – testerka, inżynier zapewniania jakości oprogramowania 😉 Tym, których rozczarowało zakończenie „Pana idealnego” mogę tylko powtórzyć – takie jest życie, niestety. Ja też przecież chciałam innego zakończenia, lecz nie mogłam go popełnić. Przepraszam.

A tymczasem, zapraszam jeszcze na ostatni odcinek „Kancelarii”, który powinien zostać wyemitowany 1. listopada, ale z uwagi na święto postaram się go wyjątkowo nadać dzień wcześniej, czyli 31. października. Poza tym, dalej zachęcam do śledzenia bloga i fanpage’a, bo jak coś się kończy, to i coś nowego się zaczyna 😉 Dziękuję!

#idealnywsypialni #panidealny #powieść #oficynka #kulisy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *