Idealny w sypialni odc. 6

Długo wyczekiwany odcinek „sypialni” w końcu doczekał się publikacji. Dziś o moroszkach, które nieoczekiwanie doprowadziły mnie do łez.

Obrazek pochodzi z bloga Ronja.pl

Pamiętacie wpis, w którym wspomniałam o pewnym, wyjątkowo dla mnie emocjonującym fragmencie „Idealnego”? Myślę, że to będzie dla Was niemałe zaskoczenie, kiedy zdradzę Wam, który fragment miałam na myśli. Tak samo, jak i mnie on zaskoczył.

Ale od początku

Rzecz się miała dnia, kiedy to opisywałam podróż Olafa do swojego rodzinnego domu. Miałam w głowie plan, co konkretnie chcę w tym wątku opisać, ale jak to często się w powieści zdarzało – będąc już w trakcie pisania sporo rzeczy wymykało mi się spod kontroli. To takie dziwne uczucie, jakby ktoś nagle chwycił mnie za ręce i kierował nimi po klawiaturze. Albo wręcz przystawił pistolet do skroni dyktując słowo po słowie, przecinek po przecinku, co i jak ma być napisane. Nie raz miałam wrażenie, że ta powieść jest żywą istotą, która wyciąga do mnie swe macki i rządzi się swoimi prawami, a ja jestem tylko jej pokornym wyrobnikiem. Tak też i było tego wspomnianego dnia właśnie.

Nostalgiczna wizja

Coś albo ktoś kazało mi napisać o dzieciństwie Olafa. Na chwilę cofnąć się do czasów, kiedy był chłopcem z podstawówki. W mig ukazał mi się wówczas przed oczami obraz nietkniętej cywilizacją, dzikiej norweskiej natury. Zobaczyłam malowniczo piękne fiordy, rybaków poławiających dorsze oraz małe, drewniane, kolorowe domki. A potem właśnie krzewy porośnięte dojrzałymi, złocistymi moroszkami. Ujrzałam niewysokiego, szczupłego chłopca o włosach jasnych, jak len i oczach błękitnych, jak głębia fiordu. Razem z kolegami zrywali łapczywie owoce, jeden po drugim. I nagle wizja się urwała, a ja się ocknęłam z twarzą zalaną łzami. Czułam potworny żal, nostalgię, niewyobrażalnie silną tęsknotę, tak jakby za domem.

Po chwili ocknęłam się jeszcze bardziej i zaczęłam analizować sytuację. Przecież siedziałam spokojnie przy stole, a w pokoju obok spało dziecko. Był to zwykły i pamiętam, że nawet całkiem słoneczny, jak na jesień, dzień. Uświadomiłam sobie, że to nie było moje dzieciństwo, tylko Olafa. To nie były moje moroszki, tylko Olafa. Nie znalazłam zatem żadnego logicznego wytłumaczenia moich łez. Ale i tak byłam smutna.

Dreszcze

Do zakończenia opisu tej sceny pozostało mi jeszcze dobrych parę zdań, czy nawet akapitów, ale dopadła mnie jakaś dziwna niemoc. Opadłam z sił, prawie zupełnie tak samo, jak po jakimś intensywnym treningu fizycznym. Musiałam zapisać plik i zakończyć pracę. Do tematu wróciłam dopiero następnego dnia, ale by w spokoju kontynuować, nie czytałam ostatniego kawałka. Po prostu usiadłam i mechanicznie zaczęłam dopisywać ciąg dalszy, aż do ostatecznego wykończenia tej sceny. Gdy później przeczytałam ją całą, znów dopadły mnie dreszcze na moroszkach. Na szczęście tym razem przebrnęłam bez łez.

Bose stopy, warkocze i koszyczek moroszek

To było zdecydowanie najbardziej intrygujące, emocjonujące i magiczne 500 słów. Do dziś nie rozumiem, dlaczego akurat te moroszki. Być może to miało jakiś związek z pewnym snem, z kategorii tych, co to się ich nie zapomina, a który przedstawiał niby-mnie zbierającą moroszki? Niby, ponieważ wyglądałam zupełnie inaczej niż wyglądam, żyłam w całkiem innych czasach, a jedyne, co miałam to długie, blond warkocze, bose stopy i koszyczek moroszek. Sen mówił mi, że się z nich utrzymywałam. Cóż, takie rzeczy tylko mój chory umysł potrafi wytworzyć. A te lepsze, przelewam na papier – tak dużo, ile tylko jestem w stanie nadążyć za szalonym potokiem słów.

#panidealny #powieść #oficynka #idealnywsypialni #kulisy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *