Idealny w sypialni odc. 5

Nadeszła wiekopomna pora, by zdradzić kolejną tajemnicę alkowy „Pana idealnego”. W dzisiejszym odcinku będzie o muzyce i ciszy.

Obrazek pochodzi ze strony: quotefancy.com

W powieści sprytnie wplotłam kilka fragmentów stanowiących o moich upodobaniach muzycznych. Wybrane kawałki pojawiają się czasem wprost z tytułu i wykonawcy, z innych wyrwałam charakterystyczne zwroty i nawiązania, którymi zbudowałam tło wydarzeń, a jeszcze gdzie indziej mamy bohatera o imieniu mocno skojarzonym z pewnym artystą. Kto mnie dobrze zna, a dokładnie – kto zna mój gust muzyczny, ten pewnie się domyśli, co, gdzie i  jak 😉

L.U.C.

W telefonie Izabelli ustawiony jest konkretny utwór na dzwonek. I tutaj podałam go bez ogródek – to utwór „Happy end and up happy hands” L.U.C.a. Po prostu uwielbiam i bardzo podziwiam tego wszechstronnego artystę, a więc nie mogłam tego zachwytu tak po prostu puścić mimo uszu. A ta konkretna piosenka zawsze potrafiła naładować mnie pozytywną energią i tak samo, jak Iza – też miałam ją swego czasu ustawioną w telefonie na dzwonek.

Kaliber44

Znów rap i znów południe Polski. Legendarny Kaliber44 to miód na moje uszy. Szczególnie te bardziej psychodeliczne utwory, które nagrywali jeszcze z niezapomnianym Magikiem. Ich „Księga Tajemnicza” wręcz wywierciła mi dziurę w mózgu – oczywiście w pozytywnym sensie i mogłabym jej słuchać na okrągło. Z tej płyty płynie czysta magia, która dostarcza nieskończonej inspiracji. Po tylu latach ciągle mi się nie nudzi i już chyba nie jest w stanie się znudzić. Ale jeśli chodzi o moją powieść to powiedzmy, że wybrałam Kaliber44 w wersji soft. „Księgi” nie dotknęłam, ale nie omieszkałam nawiązać do utworu „Konfrontacje” pochodzącego z płyty 3:44. A gdzie konkretnie?

Otóż, w pewnym momencie akcji Olaf dostaje niezbyt przyjemne zadanie. W związku z tym musi wyruszyć, m.in. do Katowic (i tu wybór miasta, gdzie znajduje się oddział Steerco był dla mnie nieprzypadkowy…). Scena, kiedy jedzie taksówką po mrocznym mieście jest właśnie tą sceną, gdzie przyrównuję go do garbatego anioła, który gra główną rolę w wymienionym utworze 😉

Miuosh

Skoro już wyjechaliśmy do Katowic, to jeszcze się tu na chwilę zatrzymamy. Tak, jak i ciągle w klimatach śląskiego rapu. A zatem – kiedy ten nasz Olaf dotarł już do oddziału i przekazał to, co musiał przekazać, to wówczas wystąpił przed nim z tłumu jeden odważny programista i wygarnął mu, co mu leżało na wątrobie. Miał on na imię Miłosz. Właśnie tak – w moich myślach to był nikt inny, jak kolejna gwiazda śląskiego rapu – Miuosh.

Alan Walker

I tu powoli zbliżam się do rozwikłania intrygującego zakończenia. Ale spokojnie – nic nie zdradzę. Choć żaden z utworów Alana Walkera ani on sam nie przewija się w powieści, to jednak miał on wpływ na jej treść. A mowa o kawałku „Faded”. Spieszę z wyjaśnieniem, o co z tym chodzi. Mianowicie, muzyka jest moim paliwem do tworzenia. Wsłuchując się w nią potrafię czasami tak mocno odlecieć w myślach, że fizycznie sprawiam wrażenie półmartwej. Będąc w tym stanie jestem jakby w transie. Czuję się trochę, jak w kinie na filmie 3D. Widzę bardzo plastyczne obrazy wokół siebie, często nawet czuję i słyszę rzeczywistość, która wyświetla się w mojej głowie. Jestem jej obserwatorem, ale i nie raz uczestnikiem.

To trochę, jak sen z tą jednak różnicą, że zachowuję świadomość i mogę go kontrolować. Mam tak i bez muzyki, ale z nią w tle efekt się potęguje, a wrażenia są dużo bardziej intensywne. I tak, szczególnie mocno wpasował mi się w klimat fabuły utwór „Faded”. Słuchałam go wielokrotnie, często w kółko, dzięki czemu stawałam się Izą i dokładnie czułam to, co i ona. Nie tylko sama melodia – również, czy może przede wszystkim tekst tej piosenki, pomógł mi ją perfekcyjnie zrozumieć. Co najlepsze – pomógł mi ją zrozumieć, jeszcze zanim zgotowałam jej tę nieszczęsną passę wydarzeń. Słowem – to dzięki „Faded” Alana Walkera Olaf musiał opuścić Izę na jakiś czas 😉

Courtney Leigh Heins

A teraz wisienka na torcie. Ten utwór znany mi był właściwie jedynie z serialu „M jak miłość”, który lubię sobie pooglądać dla wieczornego odstresowania. Bardzo wzruszający, idealnie pasujący do wielu rzewnych scen, których w nim nie brakuje. I właściwie nie odegrałby roli w moim dziele, gdyby nie czysty przypadek. Pewnego dnia wybrałam się do kosmetyczki na paznokcie. Swego czasu byłam regularną nosicielką paznokci żelowych, które trzeba było odnawiać średnio, co trzy tygodnie, zatem byłam stałą bywalczynią salonu piękności. Taki zabieg trwał jakieś 1,5h do 2h, a więc sporo czasu na przemyślenia ze szumem frezarki w tle. Na szczęście nie tylko frezarki, bo też i mojego ulubionego radia Eska, które w tym salonie grało non stop.

I tak oto błądząc daleko w myślach nagle dobiegły mych uszu dźwięki wymienionego wyżej utworu. I ni stąd, ni zowąd – naszła mnie silna wizja. To był ten moment, kiedy objawiło mi się zakończenie powieści. Do tego dnia, a wówczas miałam napisaną, co najmniej połowę książki, miałam zaplanowane zupełnie inne zakończenie. Sądzę, że bardziej przewidywalne i optymistyczne, dlatego też pewnie nie czułam go w stu procentach i brakowało mi tego czegoś. Jednak pod wpływem tej naprawdę pięknej i wzruszającej piosenki „Angel” w wykonaniu Courtney Leigh Heins znalazłam tę właściwą drogę na rozwiązanie fabuły. To ten utwór w pełni interpretuje zakończenie powieści 😉

A teraz cicho-sza!

Można byłoby pomyśleć, że skoro tak silnie reaguję na muzykę, to pewnie piszę w słuchawkach, z odpaloną ulubioną playlistą. Niestety tak nie jest. Do pisania potrzebuję ciszy idealnej – chyba, że piszę tu na blogu – jest to krótsza forma, a więc mogę sobie pozwolić na małe zakłócenia. Jeśli chodzi o dłuższe wypociny, to muzyką ładuję się wcześniej, a już sam proces pisania, składania zdań, to rzecz wymagająca maksymalnego skupienia. Nie różni się dla mnie niczym, jak wymyślanie algorytmu do zaprogramowania. I wtedy tylko cisza jest w stanie sprawić, że uda mi się wszystko w głowie posklejać, jak powinno. Raz nawet ochrzaniłam męża za to, że podczas mojego pisania za głośno stąpał po mieszkaniu. Mimo, że chodził boso… Solidnie mu się za to oberwało!

Uf, to był dość długi wpis. Mam jednak nadzieję, że nie nazbyt długi, by zanudzić. I mam nadzieję, że dał nieco pocieszenia tym, których zakończenie „Idealnego” zawiodło 😉 Wiecie, bo on był…

Zresztą, sami posłuchajcie: link

#idealnywsypialni #panidealny #powieść #oficynka #kulisy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *