Idealny w sypialni odc. 2

Wtorek, a więc pora na drugi odcinek z serii „Idealny w sypialni”. Pomyślałam, że dziś sprzedam Wam opowiastkę o tym, jak to w ogóle się zaczęło, że postanowiłam napisać powieść. Jak zapewne, co niektórzy już wiedzą, pisanie w mniejszym lub większym stopniu było moim konikiem od dawna. Zwykle jednak sprowadzało się do krótszych form, a głównie pamiętników czy dzienników publikowanych online w formie bloga. To było takie moje antidotum na różnego rodzaju silne emocje, z którymi nie zawsze sobie radziłam, powiedzmy, w sposób konwencjonalny. A dzień, kiedy zrodziła się pierwsza strona „Idealnego” szczególnie w nie obfitował. Czy może noc? No właśnie 😏

Dawno, dawno temu…

Tak, jak zaczyna się powieść, tak zaczęło się jej tworzenie. Była to ciepła, lipcowa noc roku 2016, czyli roku, kiedy na świecie pojawiło się moje dziecko. Jak powszechnie wiadomo, pierwszy miesiąc macierzyństwa do łatwych nie należy. Nieustanny niedobór snu, jedzenia, a do tego cholernie mocno odczuwalny ciężar odpowiedzialności na barkach. Ta ciężkostrawna mieszanka sprawiała, że w głowie zaczęło się wiele dziać. I tak, tejże nocy, po n-tej pobudce na karmienie i przewijanie, gdy dochodziła czwarta godzina, byłam tak wyczerpana i zrezygnowana, że stwierdziłam, iż nie ma sensu wracać do łóżka. Udałam się do małego pokoiku w drugim końcu mieszkania i uruchomiłam komputer. Uciekłam myślami do czasów sprzed dziecka – czasów, kiedy chodziłam do pracy.

Jakoś wówczas szczególnie zaczęłam tęsknić za korpomurami, ośmioma godzinami przed komputerem dziennie i tej całej beztrosce, która następowała zaraz po „podbiciu karty na zakładzie”. Spontanicznie odpaliłam Worda i jak gdyby nigdy nic stwierdziłam: „napiszę powieść!”. Często miewam szalone pomysły, które przychodzą nagle. Ten do nich należał. Zdałam sobie sprawę, że marzyłam o tym od zawsze, ale jakoś ciągle się bałam, no bo przecież jestem ścisłowcem, więc to nie moja bajka. Ot tak, bzdurnie sama siebie zaszufladkowałam. Wtedy jednak byłam na tyle wykończona, że mi było już wszystko jedno. Stereotyp poszedł w kąt, a ja zaczęłam produkować pierwsze zdania. O czwartej nad ranem. A może w nocy? 🤔

„A potem żyli długo i szczęśliwie…”

Nie, potem wcale nie poszło aż tak z górki. Napisałam ze dwie strony i zadowolona… porzuciłam je w czeluściach dysku twardego. Wspaniałomyślnie postanowiłam, że będę kontynuować, kiedy przyjdzie wena i czas. Najlepiej jednocześnie. Efekt? Jakieś 2-3 miesiące bez żadnego, nowego słowa. Ani chociaż przecinka. Po tym czasie naszły mnie wyrzuty sumienia. Wkurzona na samą siebie postawiłam sprawę na ostrzu noża – narzucam sobie dyscyplinę i dopnę to do końca albo już nigdy niczego nie napiszę. Załączył się we mnie wewnętrzny faszysta i nakazał pisać minimum 500 słów dziennie. Choćby miały wylądować w koszu, muszę pisać! Powieść zaczęła rosnąć. Widząc ten przyrost, odczuwałam coraz większą satysfakcję i nakręcałam się na działanie.

Pomysły zaczęły się mnożyć, jak króliki. I dopiero potem nastąpiło to „żyli długo i szczęśliwie”, a na sto dziewięćdziesiątej drugiej stronie formatu A4 pojawiła się ostatnia kropka. Wniosek? Wena sama nie przyjdzie. Czas tym bardziej. Wszystko trzeba sobie wypracować. Albo się chce coś osiągnąć albo nie – i w tym momencie ta ścisła do bólu zerojedynkowość naprawdę się przydała 🤓Przy okazji, „odszufladkowałam się” i dostrzegłam miliony podobieństw między pisaniem powieści a pisaniem kodu!

Czy któreś 500 słów faktycznie poszło do kosza?

I to jest najpiękniejsze – nie. Żaden fragment nie poszedł na straty, a przynajmniej nie całkowicie. Zdarzały mi się poprawki łącznie z małymi cięciami tego, co napisałam w dniu poprzednim, aczkolwiek niezbyt częste. Każde 500 słów to kawałek mnie, płynący prosto z serca. Każde 500 słów to silna porcja emocji, kreatywności i również całkiem fizycznego, przyziemnego wysiłku. Przy niejednym takim kawałku popłynęły łzy albo nastąpił wybuch śmiechu. A jeden fragment szczególnie na mnie zadziałał, ale o tym w przyszłym odcinku 😏

Stay tuned!
Dziękuję za uwagę życząc pracowitego i owocnego wtorku 💪🍇🙋‍♀️

#idealnywsypialni #kulisy #panidealny #powieść #oficynka

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *