Idealny w kancelarii odc. 7

I oto nadeszła pora na ostatni odcinek „kancelarii”, a w niej nowa branża. Było o IT na kilka sposobów, było o Norwegii, było o językach, w tym o slangu korporacyjnym, a więc czas najwyższy na dziedzinę, której w tej serii dotąd zabrakło, a która odgrywała w książce niemałą rolę. Zatem, czas na naprawdę trudny temat. Dziś będzie o zagadnieniach medycznych.

Obrazek pochodzi ze strony pemphigus.org

Można byłoby pomyśleć, że skazałam Izę na nowotwór, żeby jeszcze bardziej chwycić za serce czytelników. To dość popularny motyw, by zagrać śmiertelną chorobą, aby udramatyzować już i tak podły dramat. Przyznaję, że mogło to być nadmiarowe, niepotrzebne i przekolorowane – rzecz jasna w ciemnych barwach. Ale to miało dla mnie dodatkowe znaczenie,  które chciałam jakoś wyrazić. Czułam potrzebę skumulowania na Izie życiowych okrucieństw, które potrafi nam ufundować własny organizm. U niej choroba zjawia się nagle i jakoś dziwnie nas zaskakuje, burzy fabułę, czy raczej to, czego się po niej spodziewaliśmy, spada, jak grom z jasnego nieba i nie można nic z tym zrobić. I dokładnie tak samo jest w życiu. Mamy plany, marzenia, spodziewamy się happy endu będąc w trakcie jakiegoś przedsięwzięcia, widząc, że wszystko idzie naprawdę dobrze, aż tu nagle… Bąbel, dziwne znamię, jedno, drugie, kolejne… I zapada kurtyna.

Pierwsza dawka

Nieprzypadkowo Iza zapadła na nowotwór skóry. Wymyśliłam jej tę, a nie inną przypadłość oraz ten, a nie inny rodzaj raka z dwóch powodów. Pierwszym z nich była choroba mojej babci – nowotwór piersi, która toczyła się akurat w tym czasie, kiedy ja zmagałam się z zawodowymi, niezależnymi ode mnie problemami. Czarne chmury zwisły wówczas zarówno nad moją wymarzoną pracą i wymarzoną firmą oraz nad zdrowiem babci. Choć obie historie skończyły się dobrze, to odcisnęły na mnie ogromne piętno. Potwornie to wszystko przeżywałam. Nigdy nie zapomnę dnia poprzedzającego ten, w którym miała się odbyć operacja mastektomii u babci. Przesiedziałam osiem godzin w firmie. Osiem godzin pełnych napięcia, spekulacji. Osiem godzin z ludźmi chodzącymi z minami, jakby mieli za chwilę umrzeć. Wszyscy drżeli o swoją przyszłość i udzieliło się to także tym, którzy nawet pomimo wzbierającej fali grozy, wiedzieli, że ujdą z tego suchą stopą. Nastrój był fatalny. Jeśli ktoś z czegoś żartował, to był to wyłącznie czarny humor. Na korytarzach i ołpenspejsach panowała dziwna cisza, a motywacji do pracy nie miał chyba nawet sam szef. Zwłaszcza, że czekała go najbrudniejsza robota na świecie z czego doskonale zdawał sobie sprawę.

Szpital na granicy światów…

Kiedy z ulgą doczekałam końca ósmej godziny, wróciłam chętnie do domu. Ale tylko na chwilę, by się zregenerować. Potem czekała mnie jeszcze wieczorna lekcja norweskiego, która stanowiła przyjemną odskocznię po tym wszystkim. Pamiętam, że w tym dniu miałam nawet jakiś sprawdzian. Nie przejmowałam się nim jakoś, bo brakowało mi ku temu zasobów. Byłam jednak przygotowana i rzeczywiście dobrze mi poszło. Kiedy zajęcia dobiegły końca była już dwudziesta pierwsza. Szpital, w którym leżała babcia był dość niedaleko mojej szkoły językowej i po drodze do domu. Choć godzina była późna, miasto opustoszałe, to i tak musiałam spróbować się tam jeszcze dostać.

Być może w zwykłym szpitalu nikt by mnie nie wpuścił na odwiedziny, ale tamten był wyjątkowy. Wyjątkowo ponury, z unoszącą się wokół poświatą śmierci. Przekroczenie jego progu wywoływało dreszcze, a widok pacjentów momentalnie wyzbywał człowieka z jakichkolwiek problemów, bo wszystkie były niczym w porównaniu z tym, z czym oni musieli walczyć.

Udało mi się zatem odwiedzić babcię, a potem – potem wszystko już naprawdę potoczyło się dobrze. Ciężko, ale w dobrą stronę. Na szczęście.

Druga dawka

Moje wrażenia jednak okazały się na tyle silne, że nie mogłam choć z kawałeczka nie przybliżyć tego w powieści. Ale to dopiero połowa składników. Drugie pół wzięło się z historii ze mną w roli głównej. No, może niezupełnie – uczestniczyła w niej także moja córka.

Po wydarzeniach z chorobą babci i ostateczne utratą mojej wymarzonej pracy na rzecz równie fajnej i z miejsca nie gorszej, nastała chwila spokoju. Chwila na podróż do Norwegii, na zaadoptowanie nowego, futrzanego członka rodziny i na poczynienie nowych planów. W ich wyniku zaszłam w ciążę. Z początku toczyła się dość burzliwie dla żołądka, ale poza tymi rewelacjami, wszystko układało się w jak najlepszym porządku. No, może poza dodatkowym kilogramem na plusie po trzech, pierwszych miesiącach, który raził panią doktor, bo nie zgadzał się z jej magicznymi, tabelkowymi normami. Zasugerowała mi wyraźnie, bym dietowała, żeby tylko przy kolejnej kontroli nic przypadkiem nie wyszło poza tabelkę. Przejęłam się, jak to zwykle ja, w nadmiarze. Jaki miałam na to sposób? Ano, mój standardowy, faszystowski – liczenie kalorii, czyli w praktyce niedojadanie, półgłodówki i takie tam. Tylko „pół”, bo ciąża. Zwykle jestem wobec siebie bardziej restrykcyjna.

Profilaktycznie

Do kolejnej kontroli nie przybrałam ani grama. Dogoniłam więc normy. Było znów pięknie. Ale na krótko. Później pani doktor dopatrzyła się jakichś zawirowań w wynikach tarczycy. Wyniki mieściły się w normie, ale ona miała niepokojące przeczucie, że to się wkrótce zmieni na niekorzyść. Ostatecznie zaczęłam brać leki na tarczycę mając ją ciągle jeszcze zdrową. Tak na wszelki wypadek.

Moja skóra płonie…

W trzydziestym pierwszym tygodniu ciąży spostrzegłam brzydkie i swędzące bąble w pępku. Z dnia na dzień rozchodziły się coraz dalej. Potem takie same, całą chmarą wysypały mi się na stopach i przedramionach. Swędziały coraz mocniej i mocniej. Te starsze zamieniały się w ciemno-różowe place, przypominające poparzenia. To już naprawdę bolało. W mgnieniu oka to coś zajęło jakieś dziewięćdziesiąt procent powierzchni ciała. Bąble rosły na moich oczach. Twarde, z płynem surowiczym w środku. Nie mogłam chodzić, bo miałam je wszędzie pod stopami. Nie mogłam spać, bo skóra mnie paliła od świądu i bólu, naprzemiennie. Wspomniana pani doktor szybko się wycofała, ignorując problem i pozostając bez mapy. Musiałam zmienić lekarza w ósmym miesiącu ciąży, który ratował mnie we współpracy z profesorem dermatologii.

Mówi się, że ciąża to nie choroba. Ciekawe jednak, dlaczego mój żołądek pod jej wpływem zachowywał się, jakby napadło go stado rotawirusów? Ciekawe dlaczego moja tarczyca zaczynała niedomagać? Aż wreszcie, ciekawe dlaczego pod wpływem estrogenów i progestoronu moje własne przeciwciała zbuntowały się i zaczęły atakować białko w skórze?

Tyś jedna na milion!

Trafiłam na bardzo rzadko spotykaną chorobę autoimmunologiczną skóry – pemfigoid ciężarnych (w skrócie – PG). De facto musiałam ją mieć w sobie od zawsze i mam do dziś. Ujawniła się tylko w ciąży i ujawni po stokroć mocniej w ewentualnej kolejnej. Nie wiem, jak to jest cierpieć na nowotwór skóry, ale wiem, co to może być za ból. Potrafię go sobie wyobrazić. Mówi się, że „to tylko skóra”, że ważne jest serce, nerki, żołądek, itd. Nic nie jest mniej ważne. A ta „tylko skóra”, potrafi zgotować piekło z dnia na dzień.

Nie tylko

I wreszcie – nie tylko w skórę to uderzyło. Moje dziecko zaczynało bardzo wolno przybierać. PG hamowało wzrost płodu. Koniec końców – finisz mojej ciąży to pobyt w szpitalu na patologii, sterydy, a potem cesarka w trzydziestym siódmym tygodniu. I potem jeszcze wstrzymanie laktacji, która wyzwalała poziom hormonów, a one z kolei ciągle utrzymywały PG w ofensywie.

Być może przesadziłam gotując Izie taki los. Chyba jednak nie potrafiłam inaczej. Za bardzo to wszystko przeżyłam, zbyt wiele ciężkich emocji musiałam dźwigać, by dalej je tak w sobie dusić. Musiały w końcu znaleźć upust i był nim właśnie „Pan idealny”.

Podziękowania!

Dziękuję za uwagę. Raz jeszcze dziękuję wszystkim Czytelnikom, dziękuję za Wasze opinie i recenzje. „Pan idealny” powstał z bólu – był wynikiem trudnych, życiowych doświadczeń – od restrukturyzacji, poprzez fatalne zauroczenie, spięcia małżeńskie, aż na chorobach skończywszy, ale dał mi więcej szczęścia niż mogłabym się spodziewać. Spełnił moje literackie marzenie i dostarczył motywacji do dalszego pisania. Mam nadzieję Was nie zawieść i kontynuować moją nową, życiową ścieżkę, a kolejne twory rodzić w lepszych okolicznościach – tym razem dosłownie napędzać je słodyczą (nie tylko tą „do kawy”), a nie goryczą.

#idealnywkancelarii #powieść #panidealny #oficynka #kulisy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *