Idealny w kancelarii odc. 5

Witam ponownie w kancelarii po nieco dłuższej przerwie! Niezmiernie się cieszę, że w końcu udało mi się wyprodukować ten wpis. A dziś będzie on dość zabawny. Pora na przybliżenie tematu korpolengłydż, czyli nic innego, jak korporacyjny slang!

Obrazek pochodzi ze strony demotywatory.pl

Izka i Olaf, jak wiadomo, byli rasowymi korposzczurkami. W swojej powieści, co prawda, posługiwałam się głównie slangiem z branży IT, ale uwierzcie mi, że i klasycznego korposlangu w mowie Olafa i Izy również nie brakowało. W samej książce nie ma go zbyt wiele, by nie zaciemniać przekazu do reszty, ale mimo to zdecydowałam się trochę na ten temat tutaj rozpisać, aby przybliżyć Wam klimat miejsca, w którym działy się najważniejsze wydarzenia w powieści. Gdybym jednak chciała w tym jednym wpisie objaśnić wszystkie pojęcia, to byłby on pewnie tak samo długi, jak i sama powieść, dlatego postanowiłam wybrać dziesięć najlepszych smaczków 😉 A zatem, zapinajcie pasy i lecimy!

Dedlajn

Czyli właściwie z angielskiego „deadline”, to nic innego, jak ostateczny termin, do którego dana czynność, zadanie, powinno zostać zakończone. W korporacjach jest to pojęcie niemal święte. Dedlajn to taki kat stojący nad nami z toporkiem i pochylający jego ostrze tym bliżej naszej szyi, im bardziej zalegamy z zadaniem. Dlatego zrobimy wszystko, by go nie przekroczyć. Nadgodziny, wstrzymywanie się z pójściem do toalety, czy zignorowanie potrzeby odżywiania, to jest absolutny must have! Ale można pić – kawę rzecz jasna. Korpokawa pomaga wyrobić się przed dedlajnem, a dodatkowo sprzyja zawieraniu korpoznajomości, ze szczególnym naciskiem na możliwość przypodobania się szefowi. No bo na korpokawę nie można iść o byle jakiej porze i z byle kim. Ale i tym innym razem 😉 Zapamiętajcie zatem – dedlajn to święta rzecz. Nie wolno go przekraczać!

Target, gol

Również odnosimy się do angielskiego „target” oraz „goal”, oznaczającego po prostu cel. Target to coś, co należy osiągnąć przed dedlajnem. Target i dedlajn idą ze sobą w parze. Możemy tutaj rozróżnić targety zespołowe, jak i osobiste. Te związane z naszymi zadaniami, jak z naszym samorozwojem. Bo samorozwój to bardzo ważna sprawa. Każdy szanujący się pracownik korpo musi mieć ustalony indywidualny plan samorozwoju, składający się z określonych targetów i potem konsekwentnie go wypełniać. Jest to niezwykle ważne, kiedy marzy nam się podwyżka bądź awans. Bez osobistych targetów nie ma na co liczyć!

Fakap

O, tutaj mamy do czynienia z ciężkim kalibrem! Fakap również pochodzi z języka angielskiego, ale ze względów cenzuralnych pozwolę sobie nie przytaczać oryginalnego słówka. Zresztą, pisze się je dość podobnie. A przechodząc do meritum, fakap to nic innego, jak totalna katastrofa. Fakap następuje właśnie wtedy, kiedy targety nie są spełnione, a dedlajny przekroczone. Dochodzi wówczas do serii spotkań naprawczych, wdrażania nowych procedur, robienia gównoburzy oraz polowań na czarownice. Nad biurem zbierają się czarne chmury, głownie z dymu wypalanych hurtowo przez zestresowane szczurki papierosów. Kawa traci smak, a na ołpen spejsie panuje cisza absolutna. Czasem, ofiarą fakapu może paść jakiś szeregowy szczurek, który będzie musiał pożegnać się z ciepłą posadką, ale częściej pada na te z wyższych szczebli, które zwykle chadzają w białych kołnierzykach. Po fakapie, jak po burzy, wychodzi słońce reorganizacji i wszyscy pełni zapału, nowych, lepszych targetów i realnych dedlajnów, budują nowy świat!

Mieć kola

To nic innego, jak mieć „calla”, czyli brać udział w tele bądź wideokonferencji. Typowa korporacja jest bytem wielce rozległym i rozproszonym. Często bywa tak, że członkami zespołu pracującego nad jedną rzeczą, są osoby z różnych krańców kraju bądź globu. Aby zatem mogli swoją pracę wykonywać, muszą się jakoś komunikować. A, że niełatwo jest się dogadać mejlowo czy spotkać się na korpokawie z kolegą z Indii, to wówczas na ratunek przychodzą nam właśnie kole. Mamy Skype’a i możemy dzwonić do kogo chcemy i kiedy chcemy, i możemy tak się wdzwaniać w kilka bądź kilkanaście, a i nawet kilkadziesiąt osób. Słuchawki z mikrofonem przy kompie to narządź absolutnie obowiązkowy w tej sytuacji. Dzięki nim możemy mieć kola przy własnym biurku, nie przeszkadzając zbytnio innym, zapracowanym na ołpen spejsie szczurkom.

ASAP

To skrót od kilku równie świętych, co dedlajn korposłówek: „as soon as possible”. W tłumaczeniu oznaczających „tak szybko, jak to tylko możliwe”, a w praktyce „na wczoraj”. Często można spotkać ciekawe synonimy oraz przekształcenia tegoż skrótu, jak na przykład „zrób to jak najasapniej”, co można zrozumieć „jak najszybciej”, aczkolwiek w korpoświecie ma to zdecydowanie mocniejszy wydźwięk. Właściwie rzecz ujmując, jeśli coś trzeba zrobić ASAP, to znaczy, że to powinno się dokonać w momencie kończenia zdania, w którym ktoś wymienia ten skrót. ASAP oznacza porzucenie wszystkiego i zajęcie się wyłącznie tym, co ASAP. Zatem, zaciskamy zęby, pięści, pęcherz i żołądek, no i do roboty! ASAP!

Forłardnąć mejla

Powszechna, codzienna czynność każdego, szanującego się korposzczura. Forłardnąć mejla, czyli przekazać go dalej. W gąszczu naszej korposkrzynki często znajduje się masa korpomejli, które właściwie nie powinny do nas trafić. Dzieje się tak, dlatego, że słynna korporacyjna, rozmyta odpowiedzialność sprawia, iż nim znajdziemy osobę, do której możemy zwrócić się o pomoc bądź wiedzę, musimy błądzić po innych szczurkach i tak od jednego, do drugiego, powoli zbliżać się do tego jedynego. Tak więc, wysyłamy mejla, odbiorca go forłarduje do kogoś innego, tamten coś dopisuje i forłarduje do jeszcze kogoś innego, potem tamten znów coś dopisze, zmieni, skasuje i forłarduje do kolejnej osoby, aż wreszcie nasz list w butelce dopłynie do brzegu.

Albo i nie. Tak wygląda sytuacja, kiedy jesteśmy inicjatorami procesu forłardowania, ale na tej drodze możemy być równie dobrze tymi, którzy forłardują. Dobrze jest forłardować, bo wówczas odbijamy od siebie jakiejś niepotrzebne chciejstwo, które nie daj Boże zawali nam targety i nie wyrobimy dedlajnu! Forłardujcie azaliż, ile się da!

Fokusować się

Termin ten jest ściśle związany z targetem, ponieważ fokusujemy się właśnie na nim. Czyli co? Czyli się po prostu na nim skupiamy – z angielska „focus”, czyli skupienie. Im bardziej jest się sfokusowanym na targecie, tym większa szansa, że go osiągniemy przed dedlajnem i unikniemy fakapu. Do sfokusowania się pomaga korpokawa oraz nadgodziny.

Dawać input

Oto pojęcie, które mnie rozwaliło na łopatki, kiedy usłyszałam je po raz pierwszy. Najpierw, przyznam się szczerze, poczułam się zbulwersowana. No bo, jak to tak, facet w pracy mi się pyta, czy nie potrzebuję jego inputu (że czyli wkładu)? Stanęłam, jak wryta będąc zniesmaczoną tanim, wiejskim podrywem, ale jego mina była bardzo poważna, a w oczach chęć niesienia pomocy. Potem dopiero synapsy w mym mózgu odpaliły i mnie olśniło, że człowiek mnie pyta, czy po prostu nie potrzebowałabym jego pomocy przy danym zadaniu. Dawać input, to w korpojęzyku po prostu pomoc, zaangażowanie, ot, takie miłe coś od siebie 😉

Ołpen spejs

Kolejny klasyk w natarciu. Ołpen spejs, czyli „open space”, czyli dosłownie „otwarta przestrzeń”. Jest to takie miejsce w każdym korporacyjnym biurze, gdzie na jednej, dużej, otwartej powierzchni mieści się wiele biurek, jedno przy drugim. Tak, jak to było pokazane, np. w filmie „Matrix” – scena, w której Neo uciekał pochylony między biurkami odseparowanymi od siebie jakimiś lichymi ściankami, tuż na samym początku. Często w różnych firmach ołpen spejs jest różnie nazywany. Słyszałam takie zastępniki, jak hala, szwalnia albo kurnik. Zapewne bierze się to z faktu, że na ołpen spejsie nie dość, że jest tłoczno, to i głośno. Szczególnie, jak szczurki właśnie siedzą na kolach.

Lancz, brancz

I na koniec najprzyjemniejsze 🙂 Lancz, czyli „lunch”, czyli po prostu obiadek. Albo jego biznesowy odpowiednik „branch”, będący skrótem pojęcia „business lunch”, czyli obiad z klientem. W każdym razie zarówno lancz, jak i brancz, to nie są takie tam zwykłe obiadki. Jeśli myślicie, że to schabowy z kapustą około czternastej godziny, na dodatek popity kompotem z papierówek, to jesteście w błędzie. Lancz jada się wcześniej, zwykle między dwunastą a trzynastą w południe. Jest to czas, kiedy można zerwać się ze smyczy, zablokować komputer, zawiesić kola, przełożyć ASAP na później i wyjść na miasto. Najlepiej, jeśli idziemy z innymi korposzczurami w ramach integracji. I najlepiej, jeśli targetem naszego lanczu staje się albo dobra włoska knajpa, albo japońska tudzież inna hinduska.

Żadne pospolite ziemniaki – najwyżej bataty, żadne tam schabowe – zamiast tego krwisty befsztyk, a zamiast kompotu – obowiązkowo perlage, ewentualnie lemoniada kokosowa z amarantusem. Szczególnie, gdy na lancz wybieramy się z goszczącym w naszym oddziale klientem. Wówczas nasz lancz nosi miano brancza i wymaga już czegoś nieco bardziej egzotycznego. W zależności od kraju pochodzenia klienta, rzecz jasna. I tak na przykład – brancz z Brytyjczykiem będzie bardzo wyszukany, jeśli zabierzemy go na kaszankę.

#idealnywkancelarii #panidealny #powieść #oficynka

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *